Menu

Wisła to żywy organizm

Rozmowa z Markiem Strzelichowskim

Z miłośnikiem i znawcą Wisły, żeglarzem, który od jej zerowego kilometra przepłynął rzekami i kanałami Europy do Orleanu nad Loarą - rozmawia Jacek Kiełpiński

 

Od kiedy masz na uwadze Wisłę?

Całą Wisłę, w jednym kawałku, przepłynąłem w 2011 roku, ale pierwszy mój rejs po Dolnej Wiśle, ze śluzy Przegalina do śluzy Gdańska Głowa, odbył się w 1959 roku. Płynęliśmy do Iławy morskim jachtem przerobionym z szalupy. To był pierwszy kontakt z Wisłą, silnik obsługiwałem wtedy... W tym roku na Wiśle będę obchodził swoje 70. urodziny, podczas tegorocznego flisu. A naprawdę pierwszy kontakt z Wisłą przeżyłem, gdy miałem 4 albo 5 lat. Byliśmy u rodziny ojca w Krakowie. Tam wtedy pod Wawelem były plaże i łachy, nie było jeszcze tych wszystkich konstrukcji hydrotechnicznych. I ja tam miałem to nieszczęście, że usnąłem na brzegu Wisły w pełnym słońcu. Byłem potem do solidnej naprawy, do okładania zsiadłym mlekiem i kefirem. Do tej pory mnie plecy bolą, jak sobie przypomnę to przyśnięcie na piaszczystym krakowskim brzegu naprzeciw Wawelu. Później, w latach 70., los mnie rzucił nad jeden z dopływów Wisły, nad Sołę, gdzie mieszkam do dnia dzisiejszego. W naturalny sposób jestem związany z rzekami, także z racji studiów i pracy, bo jestem ichtiologiem, hydrobiologiem, oceanografem. A od 1965 roku nieprzerwanie nurkuję.

 

Ten pierwszy spływ Wisłą, od Przemszy...

2011 rok, razem z Flisem Królewskim, czyli z Jarkiem Kałużą. Z nim spotkałem się wcześniej, rok 2008 chyba, i wtedy postanowiłem, że kiedyś dołączę do nich, ale najpierw zbuduję własną łódkę. I świetny szkutnik, Dominik Wichman, zbudował mi kadłub mojej ćwierćszkuty. Resztę, czyli wielki ster, budę, maszt - zrobiłem sam. Dominik mieszkał wtedy jeszcze nad Bugiem, tam jeździłem, i stamtąd tę moją łódkę zabrałem na przyczepę. Ma siedem metrów z kawałkiem, nieco ponad 1,5 metra szerokości. To nawiązanie do najwspanialszego statku, jaki kiedykolwiek pływał po naszych wodach, czyli szkuty. Ma podobną do niej konstrukcję. Chodzi głównie o ster.

 

Krążą legendy, że taki ster wypłukuje piasek spod kadłuba po wejściu na łachę.

Przypadkowo do tego doszliśmy. To ważne, by ster był długi i stanowił 1/3 długości kadłuba. W moim przypadku to ponad 2,2 metra długości samej płetwy, a do tego dolicz rumpel, który przechodzi nad budą. I tak cały ster ma ponad 5 metrów długości. A jaki musiał być wielki na szkutach długości 45 metrów budowanych niegdyś w Ulanowie?

 

Czyli płynął wtedy galar "Solny" i Twoja szkutka.

Tak. A dołączali się ludzie ze swoimi stateczkami na poszczególnych odcinkach. Wtedy w jednym kawałku popłynąłem całą Wisłę. I od razu na drewnianym statku, tak jak chciałem.

 

To wciąga?

Chodzi o zrozumienie, pomimo wszelkich niedogodności, wartości tej rzeki dla naszego kraju. Teraz dopiero zaczynamy patrzeć na tę rzekę... Ona straciła na skutek podzielenia przez zabory. Wtedy traciła swoje wielkie znaczenie. Jesteśmy w Toruniu, gdzie w 1466 podpisano II pokój toruński, do którego doprowadziła wielka bitwa morska, o której mało kto wie i pamięta - bitwa na Zalewie Wiślanym z flotą krzyżacką w 1463 roku. Bo tak naprawdę nie bitwa pod Grunwaldem, tylko ta bitwa na zalewie, doprowadziła do upadku potęgi zakonu i tu w Toruniu zakon musiał się pokłonić królowi polskiemu i udostępnić ten odcinek Wisły. Tu wcześniej była komora celna i rzekę przegradzały łańcuchy, które były opuszczane, gdy wniosło się opłatę - tak twierdzą niektórzy naukowcy. Po II pokoju toruńskim Wisła wróciła do Polski i przez 200 lat stała się najważniejszym traktem handlowym świata. Generowała dochód porównywalny z dochodem dzisiejszych Chin, oczywiście, porównując w odpowiednich proporcjach. Wyobraźmy sobie Wisłę, jaką była niegdyś... Rozlewa się w starorzeczu, które pradolina Wisły uformowała. Byliśmy niegdyś końcówką Jedwabnego Szlaku. Wisła ssała towary produkowane na dzisiejszej Ukrainie, Gruzji i wypuszczała je w kierunku Europy Zachodniej wyniszczonej wojną 30-letnią. Ssanie było potężne, bo tam wtedy nie było nic, nie było zboża, nie było konopi... Bardzo ważna rzecz konopie... Dziegciu, smoły, soli, nie było żelaza, nie było miedzi, nie było drewna, bo wszystko wycięto na terytorium Europy. Okręt "Victory" admirała Nelsona został w całości zbudowany z polskiego dębu. To są potwierdzone fakty. Tony towarów trafiały do dwóch naszych portów, czyli Elbląga i Gdańska. I stamtąd rozwożone były na całą Europę.

 

A Wisła ciągle płynie...

My, którzy pływamy po tej rzece, traktujemy ją jak żywy organizm. Nie jak coś, co ma tylko nam służyć. O, nie. My jesteśmy jej kawałkiem. Znamy ją świetnie, bo zapamiętuje się z czasem każdy odcinek, a i tak mamy przed nią respekt, bo co roku jest trochę inna. Tam gdzie były przy danej wodzie wyspy, tam tafle lodu zimą podziałały i już tych wysp nie ma, pływa się więc inaczej. Trzeba bardzo uważnie patrzeć na wodę i ją czytać. Na szczęście, na Wiśle jest tylko jeden kamienny próg, na 119 kilometrze, a tak w większości trafiamy na mielizny piaszczyste, łachy. I nie jest problemem wejść na mieliznę. Najczęściej przyjemnie jest wyskoczyć do wody i ten statek zepchnąć. No, teraz trzeba uważać na zatopione ostrogi, na główki spiętrzające, które są niestety w opłakanym stanie, przez lata nie były remontowane i dziś woda je przykrywa.

 

Na kujawsko-pomorskim odcinku Wisły rafę mamy w okolicach Bóg Pomóż i Gąbinka.

To nie to, co tamten próg kamienny ze 119 kilometra. Jest jak słynne porochy dniestrzańskie. Tu, u nas w Polsce, jest tylko jeden taki poroch. Przy niskiej wodzie trzeba bardzo uważać. Raz tylko, w 2015, mieliśmy tyle wody, że dało się tamtędy przepłynąć na wprost.

 

Wtedy płynęliście do Orleanu na Festiwal Loary?

Tak, to był ten rejs. Moja łódka z zerowego kilometra przy Przemszy dopłynęła do Orleanu, nieprzerwanie ze mną na pokładzie. Zajęło mi to sto dni, z przerwą około dwóch, trzech tygodni, gdy łódka stała w Warszawie. Czyli 120 dni zajęło mi dopłynięcie. Spotkaliśmy się wtedy z Wackiem Witkowskim, twórcą i właścicielem szkuty "Wanda", na Warcie i płynęliśmy już razem. Wartą płynął też galar "Solny", ale on popłynął na wody kanałów niemieckich i skierował się do Berlina, a my: ja na "Panice" i Wacek "Wandą", popłynęliśmy flisem odrzańskim do Szczecina i dopiero ze Szczecina w kierunku Berlina. U mnie miały być dwie osoby, u Wacka pięć na pokładzie, a tak się stało, że na "Panice" jestem jeden, a Wacek tylko z kolegą. Na dwa statki było nas trzech, o dwóch za mało, by się bezpiecznie przeprawiać przez śluzy. Bo niektóre w tak niekontrolowany sposób puszczają wody, tak gwałtownie, że jak nie jest się naprawdę solidnie zacumowanym, to grozi rozbicie statku o wrota dolnej wody. Coś niesamowitego... A nas tylko trzech. Na niektórych śluzach cumy urywały nam wręcz palce u rąk. Suma sumarum - spięliśmy się burta w burtę, bo razem było łatwiej, i stworzyliśmy taki... dynamiczny katamaran. Wacek Witkowski opanował do perfekcji wpływanie do starych francuskich śluz.

 

Jaką mają szerokość?

5 metrów i 50 centymetrów najczęściej, czasem 5,2 metra, a myśmy razem mieli 4,9 szerokości! Więc na styk wchodziliśmy. A tych śluz było od cholery. 160 w samej Francji, łącznie około 200. I jak się komuś wydaje, że u nas, we Włocławku na tamie choćby, śluzowanie jest tanie, bo kosztuje 7,6 zł, coś takiego, z groszami na końcu, to jest w błędzie. We Francji skasowali nas za całość 160 euro za miesiąc pływania po wodach francuskich. Czyli płaciliśmy za jedno śluzowanie 1 euro, czyli płaciliśmy w sumie taniej prawie o połowę niż w Polsce. Tak trzeba to liczyć. 160 płacisz i masz spokój, nikt się nie czepia. A teraz nasze ministerstwo wprowadza nowe prawo, więcej będziemy płacić za wodę i więcej zapłacą właściciele jednostek pływających i... śluzowania mają kosztować po kilkadziesiąt złotych. Nie wiem do czego to dojdzie. W końcu znowu przestaniemy Wisłą pływać i nie będzie do tego potrzebny zakon krzyżacki i łańcuchy grodzące wówczas ponoć Wisłę w Toruniu.

 

Jak się pływa po Zachodzie?

Trochę niebezpiecznie, mimo wszystko, bo użytkujemy przemysłowe drogi wodne, na których pierwszeństwo mają statki i barki. Tam liczy się czas. Nikt się nie ogląda, że płynie taki malutki stateczek, że trzeba uważać, bo przecież on ma słabszy silnik i przez to mniejszą manewrowość. A proszę sobie wyobrazić, że kanał jest stosunkowo wąski, a wielka barka płynie z prędkością 15 kilometrów na godzinę. Powinna płynąć 10, maksymalnie 12, ale płynie 15 km/h, bo czas to pieniądz. Taka barka potrafi za dziobem stworzyć nieckę, taką, że dwa razy uderzyliśmy o dno, bo wyssało spod nas wodę. To bardzo niebezpieczne, gdy kanał jest wąski. I jeszcze ten efekt przysysania do burty... Z jednej strony kamienie, z drugiej strony ryzyko przyssania do tamtego. Trzeba mieć oczy na około głowy i... ustępować większym. W Niemczech śluzy są dla turystów bezpłatne, w Belgii częściowo płatne, natomiast we Francji wszyscy płacimy, ale sensownie. Możemy rok wcześniej wykupić prawo pływania po francuskich wodach, to mamy 20 procentową zniżkę. Czyli, te bogatsze kraje mają zdecydowanie niższe opłaty za korzystanie z wodnych dróg śródlądowych od nas. I jest to, oczywiście, lepiej zorganizowane jeśli chodzi o miejsca postoju. Są mariny, jest gdzie zostawić śmieci. Można zatankować wodę i paliwo. O, nie wiem, czy wiesz, gdzie od startu Wisły na kilometrze zero jest pierwsza stacja benzynowa, do której można dopłynąć i zatankować?

 

A jest taka? Zawsze latam z kanistrami szukając najbliższej stacji benzynowej...

Pierwsza taka jest na Motławie w Gdańsku.

 

Cóż... Ale mimo to, jak widać, Wisła ma plusy.

Mówią niektórzy, że jest ostatnią dziką rzeką Europy. Ale właściwie należałoby powiedzieć, że jest zdziczałą rzeką. I to ma swój walor, bo jest trudna, nie tak jak na tych kanałach, tu musimy umieć czytać wodę, której brak bywa problemem. Problemem też są wędkarze. Oni łowią, gdzie rzeka jest głębsza i my tamtędy też chcemy przepłynąć. Ale oni oburzeni...Raz mnie obrzucili kamieniami, co prawda nie na Wiśle, ale na Warcie. Często muszę gwizdać, muszę dawać sygnały, żeby zwinęli te swoje spiningi i kołowrotki. Ja muszę płynąć tam, gdzie mi woda pokazuje, a nie pod drugim brzegiem, gdzie jest 10 centymetrów wody.

 

A jak odebrałeś, bliźniaczą ponoć Wiśle, Loarę?

W tym miejscu, gdzie myśmy po niej pływali Francuzi przez wieki w rabunkowy sposób wybrali piasek do samych kamieni, do skał. Pływa się tam bardzo trudno, przy niskiej wodzie szczególnie. W miejscowości Briar czekaliśmy ponad tydzień, aż zaczęło padać i zrobiło się na tyle dużo wody, że mogliśmy do Orleanu przypłynąć o własnych siłach. Przypłynął zresztą tak naprawdę tylko "Solny" i moja "Panika". Większe szkuty Wacka i Arka Drulisa dojechały na kołach do Orleanu. Ten ostatni odcinek od Briar liczy tylko 40 kilometrów. Z drugiej strony, 100 kilometrów w dół za Orleanem, rzeka staje się znowu żeglowna. Na tym odcinku jest trasa turystyczna zamków nad Loarą, tam się wynajmuje hausboaty, tam płynąć może każdy. Natomiast, na tym górnym odcinku, powyżej Orleanu, jest w tej chwili odbudowywany stary napoleoński jeszcze kanał, który będzie łączył Sekwanę z Orleanem. Takie połączenie tworzą Francuzi starymi śluzami i kanałami, które odbudowują. Natomiast, problemem największym na tym odcinku Loary powyżej Orleanu są elektrownie atomowe. Na 200 kilometrach są 4 elektrownie, a każda grodzi rzekę, bo bierze wodę do chłodzenia bloków. Zbudowano urządzenia spiętrzające, ale nie zbudowano śluz, są tylko betonowe pochylnie. Jeśli jest trochę więcej wody, to po tej pochylni można się ześlizgnąć. Tak się ześlizgnął galar "Solny". Mnie przez tę przeszkodę trzeba było przewieźć, bo bałem się o wielki ster, podczas takiego ślizgu mógłby się połamać i miałbym pozamiatane.

 

Przypomina to nasze Kozienice.

Właśnie, sytuację podobną mamy przy elektrowni Kozienice. Też sobie budują swoją zaporkę, by nie mieć problemów z wodą chłodzącą, tak jak w 2015 roku, gdy Wisłę koło Warszawy można było przejść praktycznie suchą nogą. W Kozienicach robią to w sposób katastrofalny, bo trzeba przepływając tamtędy naprawdę uważać i robi się to na własne ryzyko. Na szczęście, jest to próg tymczasowy i ma się pojawić ostatecznie rozwiązanie takie, jak w Połańcu, czyli spiętrzenie z dwóch stron, rzeka zagrodzona, a ostateczne światło zamyka pompowany balon. Gdy się zbliżamy, to dzwonimy do nich. Spuszczają powietrze z tego balonu i spokojnie przepływamy. To jest doskonałe rozwiązanie, działa świetnie, nigdy nie mieliśmy problemów z pokonaniem Połańca. Ale takie rozwiązanie w Kozienicach może być najwcześniej za rok.

 

Najładniejszy, Twoim zdaniem, odcinek Wisły.

Przed Warszawą, gdzie są Wyspy Zawadowskie. A jeszcze bardziej podoba mi się Kępa Polska, już poniżej ujścia Bugonarwi, fajny odcinek, ale trzeba bardzo uważnie czytać rzekę, bo jak jest niedużo wody i rzeka tworzy fałszywe korytarze, ślepe zaułki, to jak się tam wtedy dostaniesz, to może być przerąbane, bo przyjdzie czekać do wiosny na wyższą wodę. Ale po to właśnie jest ten długi ster w szkutach. To Wacek przypadkowo odkrył. Ster się jakoś tak w bok zablokował, a rano Wacek patrzy, a tam za nim jest wymyte i trzeba było tylko kawałek łódkę pchnąć, by się na głęboką wodę wydostać.

 

Wspomniałeś o zdziczeniu rzeki. Co na to poradzić?

Zdania są podzielone. Jedni mówią, że trzeba grodzić rzekę, budować zapory, by doprowadzić do stanu używalności, by można było puszczać tędy barki i statki. Ale z mojego doświadczenia i tego pływania w 2015 roku po Europie wynika, że oni idą już innym tropem. Rzeki zostawiają same sobie, natomiast równolegle do nich budują kanały lateralne. To kanały zasilane z tych rzek wtedy, gdy rzeki te niosą dużo wody. Właśnie głównie kanałami lateralnymi pływają tam przemysłowe statki i pływamy my. Wieloma rzekami mogą pływać tam tylko najmniejsze jednostki - łódki i kajaki. Tak to jest tam wymyślone

 

Raczej nie do powtórzenia w Polsce.

Czemu? Mówi się o konieczności poprawienia dróg wodnych E30, E40, i E70, czyli drogi od Świnoujścia do Wrocławia, od Berlina do Kaliningradu i do Brześcia, by uzyskać połączenie z systemem dróg wodnych Ukrainy, co da wyjście na Morze Czarne. To tego nam brakuje. Jak popatrzymy na mapę, to jesteśmy białą plamą, gdzie praktycznie nie ma śródlądowych dróg wodnych. A kanał wzdłuż Wisły można zbudować. Czemu nie? Jest wystarczająco dużo miejsca, nie wszystko jest zabudowane, można wykorzystać poldery i skrócić drogę wodną.

 

To fantazja...

Nie. Jak to wszystko przeliczyć, to to nie jest fantazja. Przy budowie zapór też trzeba wykupić wiele terenów, a potem zajmować się tymi skomplikowanymi konstrukcjami. Jeśli chodzi o same drogi wodne, to ja widzę takie rozwiązanie: trzeba je zbudować i jest to możliwe. To, co widziałem w Europie, to kanały lateralne i to jest kierunek. Wody nam nie przybędzie od tego, że zbudujemy zaporę. Jesteśmy w strefie umiarkowanej, ale bywają i u nas gorące lata. I co się dzieje? Ze zbiornika więcej paruje, niż do niego wpływa. Są takie przypadki. A ponadto zbiornik systematycznie się wypłyca, bo zapora zatrzymuje pchany rzeką rumosz.

 

Zostawmy te kwestie naukowcom. Jak będziesz obchodził 70. urodziny?

Przez cały tegoroczny mój wiślany flis. Płyniemy z Wackiem Witkowskim i jego rodziną, w dwie szkuty. A kulminacja będzie w Gdańsku. Przyjedzie grupa Dziadów Żywieckich z moich stron. A to oznacza strzelanie z bata, przemarsze, trochę zamieszania. Zadymę zrobimy w Gdańsku po naszym spłynięciu Wisły. Takie będę miał urodziny. A potem przyjadę na Festiwal Wisły do Włocławka, Ciechocinka i Torunia. Takie mam plany.